Pod górkę i z górki

Ja i mój świat

Oglądałyśmy z Matyldą coś w internecie. Natknęłyśmy się na zdjęcia faceta w prosektorium.

- Gdzie ten Pan śpi? – spytała Mati.

- W lodówce – palnęłam bez zastanowienia.

- A dlaczego?

- Żeby się nie zepsuł.

- Mama! Nie żartuj sobie ze mnie.

Choroby dzieci mam pod kontrolą. Astmy, które nie do końca są astmami i alergie, które nie do końca są alergiami jak się okazuje też.

Dobrze mi idzie, bo moje dzieci od dwóch i pół roku nie widziały antybiotyku, a lat mają niewiele. Cierpliwość i opanowanie mam przy tym nieziemskie, bo 4 dni gorączki leczę spokojnie ibumem, podczas gdy moja mama gryzie paznokcie ze zdenerwoania, a antybiotyki leżą sobie spokojnie na aptecznej półce. Po 4 dniach dzieci zazwyczaj zdrowieją. Zostaje tylko kaszel – ten od astmy, a walkę z nim mam już opanowaną do perfekcji.

Tym razem jednak napotkałam nowy problem. Matylda zaczęła w nocy smarkać. Oho, myślę sobie, przeziębienie. Ale Mati wstała rano, kichnęła trzy razy, wysmarkała nos i kichnęła jeszcze dwa. A potem jeszcze trochę i jeszcze trochę. I już wiedziałam, że to nie przeziębienie a katar sienny. Całkiem nowa sytuacja.

Dzwonię do Doktorelli:

- Słuchaj, jest tak a tak. I co teraz?

- No to musisz jej dać antyhistaminy.

- No świetnie, ale bez recepty to raczej nic nie dostanę?

- No nie.

- Ale mam Hitaxę, może dam jej Hitaxę?

- O, tak, tak! Koniecznie.

- A do nosa butherin?

- Tak, świetny pomysł.

No i tym sposobem sama sobie Matyldę zdiagnozowałam, sama jej przepisałam leki, dawkowanie też sama ustaliłam. I tylko problem mam z wypisywaniem recept.

Gdzie się podział marzec? Jakoś tak przepłynął mi między palcami. Przepadł gdzieś między Alpami a łóżkiem.

Nieoczekiwanie na początku miesiąca pojechałam na narty. O 14.30 przyszedł tata i powiedział: Nie mogę jechać! Więc się spakowałam i go zastąpiłam. O 23.00 siedziałam już pod autokarem. Wróciłam i zaległam z anginą. Jak zwykle zdiagnozowałam się sama i zażądałam od G antybiotyku. Końskiego, bo w pracy po tygodniu nieobecności miałam nawał roboty a za chwilę jechaliśmy znowu na narty – tym razem całą rodziną. Antybiotyk był koński – pojechaliśmy całą rodziną. Na wszelki wypadek zabrałam dla Zygmunta antybiotyk na szkarlatynę, bo akurat w szkole szalała więc pomyślałam, że tak będzie bezpieczniej.

O, jak się pomyliłam! Antybiotyk zdał się psu na budę, a my i tak wracaliśmy dzień wcześniej, w nocy, po gorączkowym pakowaniu walizek z odwadniającą się Matyldą. Już następnego rano, z lekka nieprzytomna z niewyspania powiewałam skierowaniem do szpitala. A potem zwymiotował Zygmunt, a potem mój mąż przestał opuszczać toaletę, a potem poleciałam ja. I w sumie jedynym pozytywem jest to, że Matylda szczęśliwie ozdrowiała, zaczęła pić i jeść i przestała się odwadniać, więc nie poszła do szpitala. Zresztą nie wiem kto by z nią poszedł, bo ani ja ani mąż nie byliśmy w stanie. Mój brat wyraził akces jakby zaszła taka potrzeba.

Diagnoza – rotawirus.

Po dwóch dniach nieprzytomności powoli dochodzimy do siebie. Dzieci – ozdrowiałą Matyldę i Zygmunta w całkiem dobrym stanie porozdawaliśmy dziadkom. Jutro ich odbierzemy. Dzisiaj za wielki sukces uznaję wstawione pranie i rozpakowaną zmywarkę. A! No i zjadłam banana!

Tymczasem marzec się właśnie kończy, a ja nie pamiętam ani jednego dnia. Serio!

Zbieram paragony. Wszystkie, które dostanę lądują w torebce albo w portfelu. Powody są dwa. Po pierwsze paragon jest potrzebny do reklamacji lub zwykłego zwrotu kupionej rzeczy. Po silne przekonanie, że paragony MUSZĄ być wydawane i nic mnie bardziej nie wkurza niż: „Dać paragonik czy niepotrzebny?” Oczywiście, że potrzebny. Nawet za parking.

No więc zbieram. W związku z tym w mojej torebce panuje istny sajgon paragonowy a w portfelu czasem nie mogę wygrzebać banknotu z pomiędzy paragonów.

Raz na jakiś czas robię porządki. Przeglądam moje paragony, wyrzucam te niepotrzebne. Czyli znakomitą większość. Zazwyczaj zostawiam na trochę dłużej tylko te za buty.

Dzisiaj był czas na porządki. Znalazłam między innymi paragony z wakacji w sierpniu, a także paragony z weekendu na początku czerwca. Zdaje się, że dawno nie sprzątałam.

Ledwo Zygmunt skończył 5 lat (dosłownie minęły ze dwa tygodnie od jego urodzin) jak odkryłam w nim umiejętności, o które go nie podejrzewałam. I generalnie nie podejrzewałabym żadnego dziecka w tym wieku.

Akurat czytałam dzieciom wieczorem książkę, w której dzieci zastanawiały się ile to jest dwa razy dwa.

- Zygi, a ty wiesz ile to jest? – spytałam z głupia frant.

- Wiem. 4 – odpowiedział od niechcenia mój syn.

Zdębiałam.

- A 3×2?

- 6 – odparł Zygi jak tylko rozczapierzył palce.

- A 2×4?

- 8

- A 3×3?

- 9 – tu już chwilkę trwało zanim policzył.

- A 5×2?

- 10

- A 3×10?

- 30 – odpowiedział niemal bez zastanowienia śmiejąc się do rozpuku z mojej głupiej miny.

- Zygi! Kto się tego nauczył? W szkole się uczyliście? (swoją drogą pomyślałam co za nadgorliwy debil uczyłby 5-latki mnożenia?)

- Mama, no przecież sam to sobie tak policzyłem – odparł Zygmunt patrząc na mnie z politowaniem.

I zabrakło mi słów. I szczerze mówiąc jak mi ktoś w to nie uwierzy to wcale nie będę zdziwiona.

Wypada opisać to epokowe zdarzenie:

Zygi pojechał i szczęśliwie wrócił z Białej Szkoły. Nie było go całe 5 dni i 4 noce. Jeden z najdłuższych tygodni w moim życiu. Normalnie czas połyka dni jeden za drugim i zanim się obejrzę już jest piątek. Tym razem czekałam i czekałam a godziny wlokły się niemiłosiernie, chociaż pracy mieliśmy w bród. Pierwszy raz zatęskniłam już w poniedziałek o 16.20 kiedy to zazwyczaj odbieram Zygiego ze szkoły, a tym razem wracałam do domu z samą tylko Matyldą. Mąż wieczorem zaczął mi zadawać setki absurdalnych pytań,  za które w normalnych warunkach by mnie wyśmiał:

- Myślisz, że ciepło mu było dzisiaj na nartach?

- A kto go przykrył w nocy?

- A dają mu drugie śniadanie?

itd.

Najlepiej z kryzysem poradziła sobie Matylda. Po prostu udawała, że Zygmunt z nami JEST. Gadała do niego, przytulała go, budziła rano i kąpała się z nim wieczorem.

A Zygmunt? Wrócił szczęśliwy, zdrowy, z kompletną walizką, upominkami dla nas, dyplomem narciarskim i chęcią pojechania wiosną na Zieloną Szkołę!

Odprowadziłam dzisiaj Zygmunta do szkoły i chwilę rozmawiałam z wychowawczynią (m.in. o wyjeździe na białą szkołę, o tym ile dzieci Zygmunt zaraził wiatrówką i o jego 5-tych urodzinach). W międzyczasie przyszła Zuzia, a Szymon rzucił się jej na szyję. Jak to Zygmunt zobaczył to aż się zapowietrzył. Krzyknął „O nie!” i pobiegł odbijać Zuzię z rąk kolegi. Stałyśmy sobie z mamą Zuzi w drzwiach i miałyśmy bardzo głupie miny.

W domu Zygi wyjaśnił, że tylko on może całować i przytulać Zuzię i że jest w niej zakochany. Kiedy już oswoiłam się z tą myślą, wpadła Matylda i oznajmiła, że dzisiaj w przedszkolu wzięła ślub z Bartkiem. Ślubu udzielała im Lena, a wszyscy śmiali się i klaskali.

Wygląda na to, że mamy w domu ciężko zakochanego pięciolatka i trzyletnią mężatkę.

Ostatnio pisanie bloga nie jest moją mocną stroną. Najwyraźniej spełniam się kreatywnie w pracy i wieczorem nie mam już wystarczająco polotu do napisania jakiejś nadającej się do przeczytania notki. I co jakiś czas nachodzi mnie taka myśl, żeby porzucić bloga. A potem czytam stare wpisy i zaśmiewam się do łez. I przypominam sobie wszystkie problemy i radosne chwile. I stwierdzam, że nie ma, że boli – pisać muszę!

Więc piszę. W Nowym Roku. A cóż mogę napisać? Ze ten stary był dobry. I że życzyłabym sobie podobnego. Że mam dużo planów. Że nawet wakacje już zarezerwowałam. Że mój brat się będzie żenił. Że bratową będę miała fajną. Że pracy będę miała od cholery i ciut ciut.

A o minionych świętach? Że były cholernie męczące. Że 28 wydaliśmy urodzinowy obiad Zygmunta na 28 osób. Nie wszystkich zmieściliśmy, więc 30 przyszła druga tura. A 10 stycznia robimy urodziny dla dzieci. Że wyskoczyliśmy do Kamieńska na narty. Że dzieci przebrnęły przez wiatrówkę i wyzdrowiały. Że w Sylwestra szalały do 3 nad ranem. Że było fajnie i rodzinnie i towarzysko. Że nie miałam czasu czytać, ani oglądać telewizji. I że się wyspałam dopiero po świętach. I w końcu, że cieszę się, że już jutro Matylda idzie do przedszkola a Zygmunt do szkoły!

- Chodź tu i dogadaj się z córką w sprawie świątecznej pościeli – skapitulował mąż – Bo ja nie daję rady.

Idę na górę.

- O co chodzi? – pytam

- Mama – tłumaczy córka – Czy to jest świąteczne pościel???!!!

Zasadniczo Hello Kitty jest rzeczywiście mało świąteczną pościelą, ale akurat tak się składa, że nie mam pościeli w gwiazdki,  mikołajki czy inne takie.

- A co jest z nią nie tak? – pytam więc. Córka patrzy się na mnie z politowaniem.

- Mama, Wigilia jest świąteczna, święta są świąteczne, ja mam świąteczną piżamę (rzeczywiście – czerwona w gwiazdki), powinnam mieć też świąteczną poduszkę i świąteczną pościel!

- Matylda! Wyprałam, wyprasowałam powlokłam. Jest czysta, jest pachnąca i szeleszcząca! Już bardziej świąteczna nie będzie! Kładź się spać i nie marudź!

 

Ale istotnie coś jest na rzeczy. Jak byłam młodsza to święta były okresem odpoczynku i zbierania prezentów. Teraz to ja głównie rozdaję prezenty a jeśli chodzi o odpoczynek to, no cóż, przez cały ten piękny świąteczny okres chyba nawet na pół godziny z dupą nie usiadłam. Wigilia i świąteczne śniadanie u nas, drugi dzień świąt u mamy, więc jej pomagałam, w sobotę sprzątałam i gotowałam, bo właśnie przed chwilą zamknęliśmy drzwi na gośćmi po wydaniu urodzinowego obiadu dla Zygmunta na 28 osób. A jutro rano idę do pracy.

I nawet się przez te święta ani razu nie upiłam, co właśnie próbuję nadrobić spijając resztki szampana. Ze szklanki. Bo wszystkie lampki i kieliszki już pomyłam, powycierałam i poustawiałam w szafce i żadna siła mnie nie zmusi do ich ponownego ubrudzenia!

Rzygacze

Brak komentarzy

Moje dzieci są wyjątkowe. W sensie dosłownym wyrzygują z siebie choroby. Na co komu gorączka, antybiotyki, osłabienie skoro można sobie porządnie rzygnąć i po trzech dniach zmartwychwstać?

Tak więc:

- jelitówka? – Rzygamy!

- kaszel? – Rzygamy!

- silny katar? – Rzygamy!

- atak astmy? – Rzygamy!

- ból brzucha? – Rzygamy!

- antybiotyk? – Rzygamy!

I teraz, uwaga, hit:

- ospa wietrzna? – RZYGAMY!

Tadam!

A ja tylko przebieram i piorę pościel. Mhm. :)


  • RSS